|

fot. Mateusz Klinowski
Sympatycy idei legalizacji, pod wodzą organizacyjnych zuchów z Wolnych Konopi, jak co roku wyszli na ulice. W Warszawie Marsz Legalizacyjny zgromadził masy – jak twierdzą organizatorzy zebrało się około 8 tys. ludzi. W Krakowie było już dużo skromniej – naprędce zorganizowana, pozbawiona wszelkiej reklamy impreza przyciągnęła ok. 300 osób. Być może dlatego, że wielu z zainteresowanych, w ten jakże słoneczny i upalny dzień, udała się po prostu podlewać swoje rośliny.
Staje się już jakąś ponurą tradycją, że w Krakowie naprzeciw pokojowych przemarszów zawsze staje grupa tych samych zapaleńców z bliżej nieokreślonych quasi-rasistowskich ruchów. Poprzebierani w stroje robocze jedynie słusznych ideologii wyglądają śmiesznie, w niezamierzony sposób parodiując swoich słynnych poprzedników. Potwierdzając tym samym, że zdolność nacjonalizmu / narodowej ksenofobii do ewoluowania bliska jest zeru, co udanie konweniuje ze wzrostem ich dzisiejszych wyznawców. Odwrotnie proporcjonalnym, dodam dla porządku, do przekonania o wielkości przyjmowanych przez nich, dość przypadkowych poglądów. Najczęściej wyrażanych krzykiem.
Nim do pohukiwań doszło, dane mi było wysłuchać przygotowanej zawczasu przemowy komendanta-dowodzącego (jak się później dowiedziałem: Adama Danka - studenta politologii UJ) . A w niej kilka błyskotliwych uwag o degeneracji związanej z narkomanią i mrocznym planie zniszczenia polskości, jaki realizują konsumenci nielegalnych używek. Bo oczywiście picie alkoholu jest już OK. Na koniec prawdziwi Polacy zaintonowali hasła: trawa dla bydła i narkomania – to się leczy. Ku naszemu zdziwieniu, zwłaszcza to ostatnie zupełnie zbieżne z postulatami środowisk zainteresowanych zmianą państwowej polityki względem narkotyków, w tym konopi. Dość jednak o sprawach niepoważnych.
Sam marsz przebiegał w bardzo przyjemnej atmosferze. Warto było zobaczyć tłum krzyczący sadzić!, palić!, zalegalizować! idący pod jamajskimi flagami przez Floriańską i Grodzką, wcześniej dwukrotnie okrążając Rynek. Reakcje przechodniów – o tej porze dnia tłumnie nawiedzających tą część miasta – były bardzo pozytywne. A wielu turystów wstawało z miejsc klaszcząc. Reakcji negatywnych nie zanotowałem (nie licząc asów prewencji, którzy uczestnikom wręczali mandaty za przechodzenie przez jezdnię poza przejściem dla pieszych – zupełny absurd). W marszu dominowali ludzie młodzi. Ale było też kilku weteranów (zdjęcia z Marszu Legalizacyjnego w Krakowie).
Pora jednak zapytać, czemu służą te sympatyczne marsze? Problem ten poruszyła już w swoim tekście dla Krytyki Politycznej Agata Tomaszewska. Manifestacja jest z pewnością okazją do czegoś więcej niż tylko zrobienia szumu, którego nawet nie chcą pokazywać czołowe dzienniki telewizyjne czy tytuły prasowe. Cóż po demonstracji, w której idą kolorowe dzieci, a brak jest pewnie najliczniejszej grupy częstych palaczy marihuany – ludzi w wieku pomiędzy 25-40 lat? To ci ostatni nadają ton debacie publicznej. To oni, gdyby masowo opowiedzieli się za legalizacją, pozwoliliby wydostać się marihuanie z narkotykowego getta, w którym umieściła ją zbiorowa wyobraźnia. Dając mediom powód, dla którego postulaty legalizacji odbierane byłyby nie jako nierealistyczne rojenia grupy oderwanych od ziemi palaczy, lecz poważny polityczny projekt środowiska, z którym należy się liczyć. I z którym nie jest wstyd się identyfikować.
Ziele cannabis nie jest jedynie używką poszukiwaną przez spragnionych „odlotu”. W USA już 14 stanów zdecydowało się na różne formy legalnej produkcji i dystrybucji marihuany jako medykamentu. Przemysł medycznych zastosowań tego „narkotyku” rozwija się dynamicznie, co mogłem obserwować w ubiegłym roku na własne oczy (patrz: hasło marihuana). Periodyki naukowe pełne są zapowiedzi szeroko zakrojonych i wielce obiecujących badań nad medycznym wykorzystaniem zawartych w cannabis kanabionoidów. Już teraz ich przyjmowanie w różnej formie pomaga w przypadku wielu różnych schorzeń, od łagodzenia objawów towarzyszących terapii nowotworowej, po zaburzenia działania układu nerwowego. Więcej, ostatnie doniesienia sugerują, że w przyszłości kanabionoidy mogą zostać wykorzystane jako lek zwalczający niektóre z typów nowotworów.
Szkoda, że Marsz Legalizacyjny w żaden sposób nie podkreśla tego aspektu legalizacji – dla opinii publicznej kompletnie nieznanego. W debacie na temat legalizacji nie ma mowy o pacjentach, dla których marihuana stanowi szansę na normalne życie. Tacy ludzie, a nie ma ich w Polsce wcale tak mało, byliby największymi beneficjentami zmiany prawa. Oprócz producentów sprzętu do hodowli, palenia czy dystrybutorów nasion, których przyszłe interesy (chcąc, nie chcąc) reprezentują dziś aktywiści z Wolnych Konopi.
W USA to środowisko aktualnych czy potencjalnych pacjentów finansuje lobbing polityczny na rzecz legalizacji. Są widoczni, dobrze postawieni (klasa średnia), a przez to trudni do zaszufladkowania jako szukające odurzenia małolaty. Dla amerykańskiego społeczeństwa ich interesy nie są łatwe do zlekceważenia i dlatego też popiera ono w znakomitej większości pomysł medycznej marihuany. Zresztą, stale rośnie też poparcie dla rekreacyjnego używania cannabis. Dziś już zbliżając się do 50% (patrz: sondaż Instytutu Gallupa), a w niektórych (Kalifornia) znacznie przekraczając tę liczbę.
Jest jeszcze jeden argument, po który powinni sięgać zwolennicy legalnej cannabis – „dopalacze”. Te „legalne”, „nieszkodliwe” i „naturalne” narkotyki stanowią dynamicznie rozwijający się segment rynku. Sięgają po nie przede wszystkim ludzie młodzi, eksperymentujący, często szkodliwie. „Dopalacze” są syntetykami, choć udają produkty natury. Działają podobnie do znanych narkotyków, choć zwykle są znacznie bardziej niebezpieczne – mocniejsze, nieprzyjemniejsze, niezbadane. Legalna marihuana rozwiązałaby problem.
Nieświadomi skali oraz charakteru zjawiska politycy oraz społeczeństwo stoją przed oczywistym dla każdego zajmującego się polityką narkotykową wyborem: albo dopalacze, albo marihuana. Nie inaczej.
źródło: mateuszklinowski.pl
|