Gdy zjem, wszystko mija, mógłbym cały dzień tańczyć na wózku.
Nie wolno mi zdradzić, kim jest mój bohater, jak się nazywa ani gdzie mieszka. Nazwałam go więc H. H jak Hiob.
Nadzieja
Każdy dzień H wygląda tak samo. 120 minut siedzenia, potem łóżko i przewracanie: bok lewy, bok prawy, brzuch, plecy. Po trzech godzinach znów może wrócić na wózek.
H jest sparaliżowany, ale to nie wszystko. Nie ma palców. Kikuty wyglądają jak pacynki. Jakby ktoś wetknął mu w dłonie krótkie gałęzie wystrugane tępym nożem.
Jeszcze jedno - H od 15 lat gnije.
Od 45 dni ma nadzieję. Dzięki ciasteczkom. Trzyma je w szafce, za cukrem i kawą, w metalowym pudełku po pierniczkach z Ikei. Ciasteczko - kilka gramów mąki, jajko, cukier i proszek do pieczenia - wyglądałoby jak zwykły herbatnik, gdyby nie zielone fuzle. To marihuana.
Kawałek po kawałku
Od ośmiu lat mieszka w Domu Pomocy Społecznej.
- Byłoby wszystko dobrze - mówi, lekko rwąc słowa. - Oczywiście nie zacząłbym chodzić i nie miał czucia w dłoniach, ale ominęłyby mnie te wszystkie przejścia.
15 lat temu skoczył do rzeki, uderzył głową w dno i zemdlał. Do tamtego popołudnia był jak inni dwudziestolatkowie we wsi - beztroski. Nie pracował, pił tanie wino, chodził na siłownię, czasami z kimś się poszarpał pod sklepem.
Pogotowie zawiozło go do szpitala w niewielkim miasteczku. Gdy odzyskał przytomność było już po operacji. Usłyszał: wózek do końca życia.
Powiedzieli mu jeszcze, że powinien się cieszyć, bo może ruszać głową i rękoma.
- Odleżyny zaczęły się półtora miesiąca później. Zaraz potem złapałem gronkowca. Bakteria najpierw zaatakowała kolana. Któregoś wieczora położyli mnie na brzuch, gdy po kilku godzinach obudziłem się, pływałem we krwi i ropie. Potem kości zaczęły się przemieszczać, więc skończyła się rehabilitacja. Bakterie szły od kolan i żarły mnie powoli.
H najbardziej bał się poranków.
- Pamiętam jak dzisiaj. Każdego dnia o 10 rano chodziła opatrunkowa z lekarzem. Nie starali się mnie leczyć, tylko obcinali kawałek po kawałku. Oczywiście na żywca, czucia nie mam, więc nie bolało, ale wzmacniała się spastyka.
Spazm to przedłużony, niekontrolowany, nadmierny skurcz mięśni szkieletowych. Bywa tak silny, że potrafi wyrzucić człowieka siedzącego na wózku.
Lekarze systematycznie obcinali H palce rąk i nóg, wycinali mu kawałki mięsa z pięt i łydek.
H nie umiera
Trzy razy dziennie dostawał kubeczek tabletek, pielęgniarki obkładały go workami z lodem, zawijały w mokre prześcieradła. Martwica postępowała, więc wycinano po kawałku ciała H.
- Z dnia na dzień było gorzej. Gniłem.
Lekarz zaproponował amputacje nóg. H odmówił.
- Byłem jedną nogą na tym świecie. Wszystko przeżyłem i halucynacje i reanimacje. Mało który 60-latek ma za sobą tyle cierpienia co ja wtedy. Po roku lekarze kazali mnie zabrać. Byłem w strasznym stanie. Ledwo co gadałem.
H wraca na wieś, dostaje u siostry pokój, opiekę zapewnia Caritas. Pielęgniarki przychodzą kilka razy dziennie. H nie umiera, ale nie jest z nim dobrze - ma odleżyny i gorączkę. Leży jak kłoda, dzień i noc.
Usiądzie tylko dwa razy - na Wigilię.
Siostra spała przy H, przekładała go na boki, żeby zbić gorączkę okładała lodem i opryskiwała wodą. Zrobiła zraszacz z baniek po nawozach z dozownikami. Szybko nauczyła się robić opatrunki.
- Sześć lat przy mnie robiła. Dzień w dzień. Nie miałem sumienia jej wykorzystywać, zwłaszcza że zmarł jej mąż i została z dwójką dzieci. Za te pieniądze, które włożyliśmy w plastry, medykamenty, to siostra mogłaby takim merolem jeździć, że ho, ho.
H ma jeszcze trójkę braci, ale nie byli zainteresowani opieką.
- Odwrócili się ode mnie od razu, gdy było wiadomo, że wózek. Do szpitala nie przychodzili, nie dali grosza na leczenie. Przed wypadkiem nie miałem etatu, więc nic mi się nie należało.
Po sześciu latach na wsi H wraca do miasteczka - załatwia miejsce w domu pomocy społecznej. Dwudziestometrowy pokój, dwa łóżka, dwie wersalki, stół, czterech lokatorów i cztery telewizory. H śmieje się, że to pokój didżejów: chłopaki całymi dniami siedzą w wielkich słuchawkach, z pilotami w ręku i kiwają głowami.
Tam umawiamy się na rozmowę ciasteczkach.
Połówka herbatniczka
- Gnijesz jeszcze?
- Mam ostatnią odleżynę, na pośladku i nie jeden kikut ciągle się paskudzi. Nie jest już tak źle. Wiele lat temu, jeszcze na wsi, pielęgniarka z Caritasu przyniosła maść, wtedy powoli zacząłem się goić.
- To po co ciasteczka?
- Pomagają na spastykę. Normalnie to jestem napięty, zesztywniały. Nie mogę ręką ruszyć. Jak zjem z rana połówkę herbatniczka, wszystko mija, mógłbym cały dzień tańczyć na wózku. Dzisiaj zjadłem. Zobacz.
H zaczyna wywijać wózkiem, objeżdża mnie dookoła. Śmieje się przy tym jak dziecko. Gdy siadamy przy stole, podaję H herbatę. Pije drobnymi łykami. Sam nie utrzyma kubka w dłoniach.
- I najważniejsze, rana na pośladku zaczęła się zabliźniać - znów jest poważny. - Trzy lata temu lekarze z Akademii obiecali, że zrobią mi przeszczep skóry, ale zapomnieli. Więc znów mam nadzieję.
- Goi się, odkąd jesz?
- Tak. Jakby udało się wyleczyć, to mógłbym dłużej siedzieć na wózku, może udało by się znaleźć jakąś pracę przy komputerze. Bo dziś, kto mnie zatrudni jak po dwóch godzinach muszę wracać do łóżka? Same plusy z tych ciasteczek. Przestałem się też pocić. Potrafiłem w pół godziny być cały mokry, ciągle musiałem zmieniać koszulki.
- Badałeś się?
- Jestem zdrowy jak koń. Rzuciłem inne leki, nie pomagały mi za specjalnie, a od jednego specyfiku, który przepisał mi jakiś lekarz na spastykę, uzależniłem się. Brałem coraz więcej tabletek i miałem halucynacje. Gdy odstawiłem, to dostałem takich kurczy, że wyskoczyłem z wózka.
- Skąd masz ciasteczka?
- Kiedyś zapaliłem skręta, okazało się, że super się czuję. Ale przecież nie mogę tu palić. Kolega zaproponował wypieki, wyliczył dawkę, żeby za bardzo "nie kręciło".
- Działa?
- Zawsze. Przez kilka godzin czuję się jak wtedy, przed skokiem.
- Wiesz co wam grozi?
- Wiem.
Całkowicie nieprzydatna
H powinien zostać skazany na podstawie artykułu 62. ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii: Kto posiada środki odurzające lub substancje psychotropowe, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Jeżeli ilość środków jest znaczna, kara wzrasta do lat 5.
Jego przyjacielowi cukiernikowi grozi kara z artykułu 58: Kto udziela innej osobie środka odurzającego, ułatwia albo umożliwia ich użycie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. W tym przypadku kara wzrasta do 8 lat, jeśli ilość substancji jest znaczna.
H i jego przyjaciel "łapią się" na zaostrzony paragraf. Nie ma znaczenia, że ciasteczka pomagają H normalnie funkcjonować. W Polsce marihuana jest uznana za całkowicie nieprzydatną w medycynie. Mimo badań klinicznych, które wykazały, że związki zawarte w ekstrakcie z konopi, oprócz wprowadzania palacza w błogostan mogą skutecznie leczyć różnego rodzaju dolegliwości. Coraz częściej preparaty syntetyczne lub naturalne (susz żeńskich kwiatostanów) są stosowane w leczeniu bólu u chorych z zaawansowanym nowotworem oraz po chemioterapiach jako środek przeciwwymiotny. Leków przygotowanych na bazie marihuany używa się także w przypadku AIDS, stwardnienia rozsianego, przy chronicznych bólach nerwowych, zaniku mięśni i anoreksji. Można je kupić na receptę w Czechach, Austrii, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Finlandii, Niemczech, Holandii i w USA.
Mały buch
Polacy leczą się sami, tak jak H - nielegalnie.
Na stronie Forum Aktywnej Rehabilitacji Ania napisała: "Mam spatyczność nietypową, asymetryczną. Ciągłe napięcie z dodatkowymi szarpnięciami, które pojawiają się w reakcji na dotyk lub ból. Z powodzeniem stosuję konopie. Leki, które bardziej mi szkodziły, niż pomagały, odstawiłam lata temu. Po niewielkich ilościach trawy moja spastyka słabnie i staje się płynna, bardzo pomaga mi to w ćwiczeniach i poniekąd kontrolowaniu spasty w dłoniach, co ułatwia mi ich używanie - chwytanie niezbyt ciężkich przedmiotów".
Rafalski pisze: "Paląc konopie w celach terapeutycznych staram się nie przekraczać pewnej granicy i osłabiać spastykę, a nie upalać się jak świnia. Cztery lata temu zacząłem mieć problemy z samopoczuciem i trochę z krążeniem. Odstawiłem papierosy i problem zniknął, teraz palę tylko trawę, jestem regularnie badany i żadnych odchyleń w moim stanie zdrowia nie ma".
Uczestnik innego blogu opisał swoją terapię marihuaną: "Lekarz rodzinny przepisał mi to na wzmocnienie odporności i na astmę. Wstając na drugi dzień, czułem się wyspany i gotowy do pracy, bo wyjechałem z Polski w celach zarobkowych. Zjadałem obfite śniadania, obiady, lepiej mi się oddychało. Któregoś razu zapomniałem inhalatora, ale miałem nabitą lufkę. Dostałem ataku astmy, prawdę mówiąc łagodnego, ale ten, kto ma astmę, wie, jaki to dyskomfort. Pomyślałem: raz kozie śmierć. Wziąłem małego bucha i oskrzela się rozszerzyły, czułem się dobrze, nie tak dobrze jak po użyciu inhalatora, ale zawsze".
Legalna marihuana
"To", które lekarz przepisał internaucie, jest lekiem. Nazwa się Bedrocan, produkuje go holenderska firma i można go kupić na receptę w Czechach lub Niemczech. W żółtych pudełkach z białą etykietą znajdują się kwiatostany konopi hodowane na specjalnych farmach.
Pacjenci przyjmujący Bedrocan nie muszą robić skrętów, wypiekać ciasteczek, przygotowywać smalcu, budyniu czy gorącej czekolady. W państwach, w których leczenie marihuaną jest legalne, można kupić waporyzator - inhalator, który umożliwia wdychanie THC bez szkodliwego dymu.
Okazuje się, że "to" można legalnie sprowadzić do Polski. Wystarczy spełnić trzy warunki postawione przez Ministerstwo Zdrowia.
1. Lek powinien ratować zdrowie pacjenta.
2. Być dopuszczony do obrotu w kraju, z którego jest sprowadzany.
3. Lekarz prowadzący musi złożyć zamówienie, które potwierdzi konsultant z danej dziedziny medycyny.
***
Czy H spełniłby te warunki?
Mógłby spróbować. Jest jeden problem, H nie zna żadnego lekarza, który zechciałby mu pomóc. Ten z małego miasteczka, który przepisuje mu co miesiąc recepty, nie wierzy w takie głupoty.
Źródło: wyborcza.pl
Ostatnie uaktualnienie : 02-03-2010 20:43
Policja chwali się sukcesem: złapali młodzieńca z gramem marihuany
Sukces Policji! Złapali młodzieńca z gramem marihuany!
Wielki sukces podlaskiej policji został odnotowany na stronie Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku. Policja w Hajnówce zatrzymała młodego człowieka, który miał przy sobie jeden gram marihuany.
Informację przygotował oficer prasowy KPP w Hajnówce. Pisze on:
"Hajnowscy policjanci w miniony piątek zatrzymali 20-latka, który miał przy sobie marihuanę. Teraz mieszkaniec Hajnówki za swoje postępowanie odpowie przed sądem" - pisze oficer z Hajnówki. I dalej informuje o okolicznościach zatrzymania:
"W piątek w nocy funkcjonariusze w Hajnówce zauważyli idącego chodnikiem 20-latka, którego podejrzewali o posiadanie narkotyków. W czasie sprawdzenia młodego mężczyzny okazało się, że ma on przy sobie foliową torebeczkę z zielonym suszem. W jej środku była marihuana w ilości około 1 grama. Mężczyzna trafił do policyjnego aresztu. Teraz mieszkaniec Hajnówki za swoje postępowanie odpowie przed sądem." - konkluduje oficer.
Do informacji dołączone jest zdjęcie narkotyków, czyli miniaturowej torebeczki z marihuaną.
Może w skali Hajnówki złapanie młodzieńca z jedną działką marihuany jest wydarzeniem, choć biorąc pod uwagę bliskość granicy, i przestępczość z tym związaną, pewnie policjanci mogą się pochwalić większymi sukcesami. Ale chwalenie się tym przez komendę wojewódzką zakrawa na kpinę.
Ostatnie uaktualnienie : 02-03-2010 20:04
Chcą wolnych konopi, rozwiesili plakaty w Puławach
W centrum Puław pojawiły się plakaty mówiące o tym, że w porównaniu do leków, nikotyny czy alkoholu śmiertelność z powodu zażywania marihuany jest zerowa. Plakaty rozwiesza stowarzyszenie "Wolne Konopie", które walczy o niekaranie za posiadanie drobnych ilości marihuany. Czy jednak przedstawiają oni rzetelne informacje?
Informacja o pojawieniu się plakatów, którą zamieściliśmy na stronie internetowej Radia Lublin wywołała prawdziwą burzę - ścierają się zwolennicy i przeciwnicy legalizacji marihuany, podając także swoje argumenty za i przeciw. - My tylko informujemy i dajemy ludziom wybór - mówi Łukasz Kowalik ze stowarzyszenia...
Według psychologa Krzysztofa Łuszczaka jest to wyraźna i bezsprzeczna manipulacja, która może zachęcać do brania narkotyków...
Policja zapowiada przyjrzenie się tej sprawie i ustalenie, kto i w jakim celu rozwiesza te plakaty.
Do tematu powrócimy jutro w "Poranku z Radiem Lublin" między 6.00 a 9.00 - m.in. w rozmowie z lubelskimi muzykami reagge, którzy też mają na ten temat bardzo różne opinie oraz psychologiem...
To nie marihuana lecz leki czy alkohol są śmiertelnym zagrożeniem – plakaty, z których można wyciągnąć taki wniosek rozlepili w Puławach członkowie stowarzyszenia "Wolne Konopie”. – To manipulacja – ostrzegają psychologowie.
Działacze "Wolnych konopi” twierdzą tak powołując się na dane Światowej Organizacji Zdrowia przy ONZ. Jednak zdaniem specjalistów pracujących na co dzień z trzeźwiejącymi narkomanami, dane przedstawiane przez zwolenników marihuany są nierzetelne.
– To super manipulacja. Nie można operować takimi liczbami – jak te na plakacie – dlatego że po prostu nie ma takich badań. Są za to dostępne dokładne opracowania pustoszącego wpływu THC (składnik konopi – red.) na mózg. W klinikach psychiatrycznych nie brakuje osób, które nadużywały marihuany – uważa Aleksander Skupiński, terapeuta ze znanego w Polsce ośrodka leczenia uzależnień w Anielinie.
Zdaniem terapeuty marihuana jest początkiem uzależnienia. – 90 procent moich pacjentów zaczynało właśnie od niej. Najgorsze jest właśnie uzależnienie psychiczne. Później pojawia się żądza mocniejszych doznań, większego "haju”. To droga w przepaść – dodaje Skupiński.
Stowarzyszenie "Wolne Konopie” postuluje, aby na wzór czeski posiadanie niewielkiej ilości narkotyku było dozwolone. Od 1 stycznia br. za naszą południową granicą usankcjonowano tzw. "limity bezkarności” dla konkretnych używek. Legalne stało się posiadanie do 1,5 grama heroiny, 1 g kokainy, 2 g metamfetaminy, do 15 g marihuany, do czterech tabletek ekstazy i do pięciu tabletek LSD.
Plakaty zainteresowały puławską policję. – Chociaż nie noszą znamienia przestępstwa, to będziemy starać się dotrzeć do osób, które je rozwieszały. Chcemy poznać ich motywację – mówi Marcin Koper, rzecznik puławskiej policji.
"Blantem nie zabiję, blantem nie okradnę" - pod takim hasłem odbył się wczoraj marsz zwolenników legalizacji marihuany.
Happening, zorganizowany przez grupę kilku uczniów jednego ze stołecznych liceów, rozpoczął się w godzinach popołudniowych na Mokotowie. Stamtąd uczestnicy manifestacji udali się pod kino Muranów, gdzie w tym samym czasie odbywał się pokaz filmu traktującego o szkodliwości narkotyków.
"Sadzić! Palić! Zalegalizować!" czy "Prawo wolnych konopi" - to niektóre z haseł, które wykrzykiwali idący ulicami miasta manifestanci. Swoją akcją wzbudzili oni ogromne zainteresowanie mieszkańców stolicy - wśród nich zdecydowanie dominowali jednak ci, którzy legalizacji środka są przeciwni.
- Chcemy uświadomić przeciwnikom legalizacji marihuany, że nie jest to wcale gorsza używka od papierosów, czy alkoholu. Każdy uważa, że marihuana zabija. W rzeczywistości to jednak przez alkohol umierają tysiące osób tygodniowo, a papierosy codziennie pochłaniają na świecie ogromną liczbę istnień ludzkich - a są przecież legalne! - mówi jeden z uczestników pikiety. - Marihuana nie zabiła jeszcze nikogo. Dlaczego więc nie może zostać zalegalizowana? - dodaje.
Grupa zwolenników tak zwanej "gandzi" nie zamierza poprzestać jedynie na wczorajszej manifestacji. Jak dowiedzieliśmy się od jednego z uczestników, w maju planowana jest organizacja kolejnego marszu.
Ruszyła nowa kampania mająca na celu zalegalizowanie miękkich narkotyków lub zmianę ustawy, aby w jej myśl nie karać za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków (tzw. własny użytek).
Temat ten rozpala umysły niemal całej Polski jak długa i szeroka. Konserwatywno-katolickie społeczeństwo zaciekle atakuje ten pomysł, liberalna część broni go, czasem z taką samą zaciekłością. Nadszedł więc czas namieszać wam w umysłach i wypowiedzieć się na ten temat.
Problem narkotyków w Polsce jest bardzo poważny. Statystyki kłamią albo według poprawności politycznej nie mówią prawdy. Narkotyki wkroczyły w nasze życie po 89 roku krokiem marszowym. Są obecne w naszym życiu czy tego chcemy czy nie. Najbardziej narażona jest na nie młodzież w wieku 12 – 21 lat. Niemal w każdym polskim gimnazjum, liceum czy szkole zawodowej jest przynajmniej jeden dealer. To są fakty.
Świadomość "dorosłego" społeczeństwa jest jednak bardzo niska. Rodzice dowiadują się zazwyczaj ostatni, że ich dziecko "bierze". Częściowo jest to spowodowane niskim poziomem wiedzy, a częściowo spychaniem do podświadomości wszelkich objawów i zaklinanie rzeczywistości. Przypomina to tekst piosenki Kazika pt. "Tata dilera". Narkotyki są powszechne i dostęp do nich naprawdę bardzo łatwy. Prościej jest osobie niepełnoletniej kupić działkę amfetaminy niż butelkę alkoholu. Sprzedawczyni może zapytać o dowód, dealer tego nie zrobi.
Restrykcyjna ustawa nie pomaga policji w rozpracowywaniu dealerów, dystrybutorów czy producentów narkotyków. Najczęściej ktoś złapany z porcją amfetaminy czy jonitem idzie na układ z prokuraturą i dostaje wyrok w zawieszeniu. To są niskie wyroki. Kilka miesięcy więzienia w zawieszeniu. Nikt więc nie będzie ryzykował wydaniem dealera i ociążał go zeznaniami. To hermetyczne wbrew pozorom środowiska. Nasza prawodawstwo na polu ochrony świadka ma grację słonia w składzie porcelany i każdy o tym wie.
Żeby nie być gołosłownym kilka dni temu mieszkaniec Zielonej Góry doniósł policji, że prawdopodobnie zna grasującego tam gwałciciela. Kilka godzin później podejrzany już o tym widział i wysyłał sms-y do nieszczęsnego świadka. Normalną praktyką policji było podawanie przez radio personaliów osoby zgłaszającej podejrzenie o popełnienie przestępstwa. Jakiś emeryt zobaczył przez okno, że dwóch ludzi w kapturach chyba włamuje się do samochodu, zadzwonił na policję i zgłosił ten fakt. Chwilę później jego dane osobowe znał już za pomocą fal eteru radiowóz jadący na wezwanie. To czy policję jest ciężko podsłuchać zostawiam waszej ocenie. Myślę że wystarczy poszperać trochę w google. Nie o tym jednak traktuje ten artykuł.
Przeciwko komu jest skierowana ta ustawa? Jeśli przeciwko narkobiznesowi to niestety jest ona bublem prawnym. Jeśli zaś do represji na ludziach uzależnionych od narkotyków i sztucznemu podnoszeniu statystyk wykrywalności przestępstw to znakomicie spełnia swoje zadanie. Uzależnienie od narkotyków można rozpatrywać w kategorii choroby. Zacznijmy więc karać chorych na AIDS biorąc za pewnik, że na pewno zarazili się za pomocą zakażonej strzykawki.
W tym momencie narkomani dostają najbardziej po czterech literach. Z jednej strony państwo ich ściga jak może za pomocą policji, a z drugiej dilerzy robiąc na nich kokosowy interes dosypują do narkotyków wszelkiej maści specyfików, które bardzo często bywają zabójcze albo prowadzą do poważnych zaburzeń układu nerwowego. Nikt nie kontroluje ani produkcji ani sprzedaży narkotyków dlatego panuje tu dziki zachód. Czy to znaczy, że państwo ma zalegalizować narkotyki? Nie podejmę się odpowiedzi na to pytanie.
Zadam jednak inne. Co państwo oferuje w zamian? Co oferuje dzieciom? Młodzieży?
Brak jest programów uświadamiających czym są narkotyki. Brak jest kompleksowej pomocy dla ludzi uzależnionych. Ludzie, którzy ustalają prawo w tym kraju nie mają żadnego pojęcia o temacie. Dobierają sobie tendencyjnych doradców, którzy zazwyczaj powiązani są w taki czy inny sposób z klerem. Jarosław Kaczyński do dziś nie wie, że marihuanę produkuje się z konopi indyjskich. Mówimy młodym ludziom: Nie bierzcie, bo to jest złe!
Każdy kto jest dobrym rodzicem wie, że takie zakazy powodują tylko zaciekawienie dziecka zakazanym owocem. Nie ma wykwalifikowanej kadry nauczycielskiej, która mogłaby udźwignąć taki temat. Gdyby taka kadra istniała to skąd do kroćset braliby się dealerzy narkotyków w szkołach?! Jak młody człowiek ma wierzyć kłamstwom? Nie ma badań naukowych, które stwierdzałyby, że palenie konopi szkodzi zdrowiu lub uzależnia. Jak więc młody człowiek ma uwierzyć w to, że ona szkodzi i uzależnia? Komu ma wierzyć?
Kaczyńskiemu, który robi z siebie błazna na konferencji prasowej popisując się skandaliczną niewiedzą? Jak można wierzyć komuś, kto stanowi prawo jednocześnie nie wiedząc nic o przedmiocie tego prawa?
Prawo okazuje się jednak bezsilne wobec "dopalaczy". Dopalacze są alternatywami dla normalnych narkotyków jednakże w ich skład nie wchodzą żadne substancje zakazane przez prawo. Zaczął się więc wyścig. Ustawodawcy wciągają coraz to nowe substancje czy rośliny na listę zakazaną. Za chwilę staną jednak przed murem bezsilności, bo jeśli to będzie trwało dalej to z aptek zaczną znikać leki homeopatyczne, a nawet produkty spożywcze. Nawet gałka muszkatołowa ma silne właściwości narkotyczne, a co dopiero bieluń czy powój. To bardzo silne przeregulowanie. Na studiach prawniczych wykładane jest Prawo Rzymskie nie dlatego żeby przyszli prawnicy, sędziowie czy prokuratorzy wiedzieli skąd wzięło się nasze prawo, ale dlatego żeby wiedzieli, że dokładne określenie prawem każdej dziedziny życia jest niemożliwe. Im większa ilość przepisów tym więcej niejasności.
Niedawny incydent z posłem Piesiewiczem pokazał dogłębnie zakłamanie jakie panuje w naszym kraju. Nikt nie pamięta jego zasług dla Polski. Pieniędzy, które wniósł do budżetu państwa za pomocą podatków, które wytworzył zysk z jego filmów. Dziś mówi się tylko o narkotykach i rozpustnych zabawach. Przepraszam, ale czy Piesiewicz zrobił komuś krzywdę? Każdy spędza wolny czas tak jak lubi. Skoro Piesiewicz lubi kokainę, ale nie sprzedaje jej dzieciom to o co całe to zamieszanie. To dorosły facet. Kobiety, które z nim imprezowały też nie były nastolatkami. Myślicie, że wypadek Piesiewicza jest odosobniony? Myślicie, że politycy nie biorą? Biorą, ale tylko niektórzy mówią o tym publicznie jak Obama, Clinton czy Tusk.
To jednak nie są żadne argumenty za legalizacją. Są to jednak przesłanki do tego, że obecna ustawa jest zła. Nieprzemyślana i stworzona przez ludzi, którzy kierowali się brakiem logiki i zrozumienia tematu co jest zresztą tradycją w naszym kraju. Zamykanie w więzieniach narkomanów za ich nałóg to praktyka bardziej pasująca do komunistycznych Chin czy Korei Północnej niż do demokratycznego kraju unii europejskiej.
To jeszcze jeden przykład ustawy pozoranckiej. My Polacy uwielbiamy pozory. Pod pozorem walki z narkomanią zamiatamy problem pod dywan, stwarzając jednocześnie sprzyjające rekinom narkobiznesu prawo. Ustawa w obecnym kształcie nie chroni naszych dzieci. One mogą zostać uchronione jedynie przez programy profilaktyczne, które zwiększą ich świadomość niebezpieczeństwa jakim są narkotyki. Dochodzimy więc do sedna. Na taką profilaktykę oraz leczenie ludzi uzależnionych są potrzebne pieniądze. Skąd je więc wziąć? Co roku państwo wydaje miliony złotych na policję, prokuratorów, sądy, ekspertyzy i procesy ludzi oskarżonych o posiadanie zabójczych ilości narkotyków w postaci… 0,7 grama suszu konopi. Gdyby te pieniądze przeznaczyć na prewencję to miałoby jakiś sens. Policja mogłaby się skoncentrować na prawdziwych przestępcach, sądy mogłyby się poświęcić poważniejszym sprawom a my podatnicy wreszcie w jakiś realny sposób moglibyśmy partycypować w przeciwdziałaniu narkomanii bo walką z nią jest skazana na niepowodzenie.
Jeśli zaś pójdziemy w drugą stronę to zaraz prawo wejdzie nam do sypialni. Na świecie zawsze będą purytanie i jeśli zrobią już wszystko co można w sprawie narkotyków, zaostrzą wszystkie przepisy to wtedy pozostanie zawsze dyżurny temat obyczajowości. Może to teraz brzmi śmiesznie, ale uwierzcie mi nie ma takiej dziedziny której nie można usankcjonować prawnie. Jak widzicie odpowiedź na pytanie: liberalizacja czy penalizacja wcale nie jest prosta i jednoznaczna. Musimy zadać sobie inne pytanie. Pozory czy realna prewencja.
Czesi narkotyzują młodzież. Naszą!!! Tysiące gimnazjalistów spragnionych marihuany w każdym kiosku rusza na południe - pieszo, rowerami i wpław (przez Olzę w Cieszynie). O pomyśle legalizacji narkotyków miękkich w Polsce pisze Michał Sutowski z "Krytyki Politycznej".
A teraz trochę bardziej na serio. Problem miękkich narkotyków (tak, są takie - trawa i kompot to naprawdę nie to samo!) otacza w Polsce klimat swoistej "paniki moralnej". Niedawne zmiany w czeskim prawie narkotykowym wywołały burzę w naszych mediach. Wylano całe morze bzdur o tym, ile to kilogramów konopi (amfetaminy, ecstasy, grzybów) można teraz nabyć pod nosem policji tuż za polską granicą. Policjanci i nauczyciele z południa Polski biadali - teraz już nic nie powstrzyma dzieci przed nałogiem. I na cóż wszystkie kampanie, pogadanki w szkole, "zażywasz, przegrywasz...” Taki nam numer Czesi wycięli! Że niby wolno "na własny użytek”!
To teraz już zupełnie poważnie. Czesi od wielu lat tolerują palaczy marihuany, czy okazjonalnych amatorów LSD. Kraj jakoś działa, społeczeństwo nie wymiera, uzależnionych (procentowo!) jest mniej niż u nas, to samo z zakażonymi HIV. Policja ma lepsze rzeczy do roboty niż zamykać na dołku licealistów i studentów za woreczek marihuany. Co się ostatnio zmieniło? Doprecyzowano ściśle, co to jest ilość "na własny użytek” - powyżej progu grożą sankcje. Nie ma legalizacji, jest względna tolerancja dla drobnych użytkowników. No więc w czym problem? W tym, że u nas każde napomknięcie o liberalnym podejściu do miękkich narkotyków wywołuje panikę. Stąd absurdalne reakcje mediów - Czesi ustalili tolerowaną ilość, tzn. prawie legalizacja, heroina na ulicach, strzykawki w piaskownicy, Sodoma i Gomora, wróg u bram...
A może warto się zastanowić? Może to polskie podejście jest anachroniczne, może to my jesteśmy nieracjonalni, może to nie liberalne prawo ale właśnie hasło: "świat wolny od narkotyków” to niebezpieczna utopia? Administracje Busha i Putina, wspólnie z ONZ przez dekadę solidarnie promowały politykę twardych represji: narkomanów do zamkniętych ośrodków, drobnych posiadaczy i dilerów do więzienia, na plantatorów napalm i wojsko. Efekt? Więcej hektarów upraw, więcej uzależnionych, zakażonych HIV i żółtaczką, więcej młodych ludzi w więzieniu... Działa? Nie działa. Może spróbować inaczej? Portugalia przestała zamykać za posiadanie prawie 10 lat temu - ogólne spożycie spadło trochę, zakażenia HIV i uzależnienia – znacznie. Czesi mają lepsze wskaźniki zdrowotne od nas, choć ich policja - w przeciwieństwie do naszej - od dawna przymykała oko na przygodnych amatorów jointa. Kalifornia legalizuje medyczną marihuanę i wychodzi na tym lepiej niż Teksas, który ściga hodowców za jeden krzak. O co chodzi?
Same substancje szkodzą różnie. Kompot uzależnia, wyniszcza i w końcu zabija bardzo szybko, LSD powoduje nieprzewidywalne halucynacje, ale praktycznie nie uzależnia. Większość substancji "miękkich", w tym czysta marihuana, szkodzi mniej niż wódka, spirytus czy samogon - uzależniają mniej lub porównywalnie, rzadziej wywołują agresję (wyjątek: amfetamina). Kroniki kryminalne znają niewiele przypadków skatowania żony i dzieci po zapaleniu skręta, które w polskich warunkach zdarzają się nagminnie po "pół litrze”.
Prohibicja i represja nie działają. Głównym zagrożeniem dla licealistów nie jest poziom THC w organizmie ale kontakt ze światem przestępczym. Drobny diler, od którego uczeń kupuje "zioło” to może jeszcze nie bandyta, ale jego zwierzchnik już raczej tak. Gimnazjalista na policyjnym "dołku” też raczej nie nauczy się niczego dobrego. Narkoman nigdzie nie znajdzie łatwiejszego dostępu do twardych narkotyków niż w więzieniu.
Co robić? Zamiast ścigania – "redukcja szkód”. Wiele problemów nie wynika z samych narkotyków ale ze stygmatyzacji narkomanów. Potrzeba większego wachlarza terapii (także substytucyjnych, w których metadon zastępuje heroinę), nie tylko monarowskich ośrodków zamkniętych. Potrzeba kontroli farmaceutycznej nad dopalaczami zamiast zakazów kolejnych substancji - chemik i diler zawsze będą szybsi od ministra zdrowia. I trzeba wreszcie przestać ścigać nastolatki za gram marihuany - nie stawiać przed sądem, pakować ich do więzień ani zamkniętych ośrodków. Nie każdy imprezowicz to narkoman, nawet potencjalny.
Czy należy zatem zalegalizować miękkie narkotyki? Na to jeszcze długo nie będzie w Polsce politycznego klimatu. Ani Ziobro, ani Gowin ani Donald Tusk nie przestaną straszyć Polaków widmem ćpuna ze strzykawką w każdej piaskownicy – narkoman to zbyt dogodny wróg dla systemu. Dziś możemy chyba liczyć jedynie na „oportunizm ścigania” – może sama policja zrozumie, że ma lepsze rzeczy do roboty niż komisyjne przetrzepywanie tornistrów. A co dalej? Uczmy się od Czechów.
Michał Sutowski (Krytyka Polityczna) dla Wirtualnej Polski
Naukowcy: "nie pozwalają nam udowodnić, że ta roślina leczy!"
Mimo że administracja prezydenta Baracka Obamy oficjalnie wspiera liberalizację prawa do używania marihuany w celach medycznych, to urzędnicy federalni nadal starają się zniechęcić naukowców do badań nad leczniczymi właściwościami konopi indyjskich - donosi "The New York Times". Wielu badaczy od wielu lat bezskutecznie stara się uzyskać od Drug Enforcement Administration (DEA) zgodę na uprawę krzaków konopi w celach naukowych. Prof. Lyle E. Craker - botanik z University of Massachusetts - walczy o to już niemal dziewięć lat, choć w jego sprawie pozytywnie wypowiadały się już sądy czy prokuratura.
Marihuana jest jedynym narkotykiem, dla którego w Stanach Zjednoczonych stosuje się tak restrykcyjne wymagania przed wydaniem zgody na prowadzenie badań naukowych. Żadnych problemów nie mają badacze, którzy chcą pracować nad LSD czy ecstasy - mówi dr Rick Doblin, który bada możliwość zastosowania konopi w medycynie. Jak wiadomo pomimo tych niespryzjajacych praw udowodniono już, że zawarta w marihuanie substancja - THC (tetrahydrokannabinol) - łagodzi objawy u chorych na stwardnienie rozsiane, stwardnienie zanikowe boczne, czy epilepsję.
Badania dowiodły także, że konopie zmniejszają nudności i poprawiają apetyty pacjentów poddawanych chemioterapii. Łagodzą także ból u chorych na AIDS. Restrykcyjna polityka w wydawaniu zezwoleń na uprawę marihuany w celach badawczych powoduje jednak, że wciąż brakuje wystarczających dowodów na to, że legalizacja konopi pozytywnie wpłynie na zdrowie publiczne - dodaje "The New York Times".
Źródła: nytimes.com/2010/01/19/health/policy/19marijuana.html http://graphics8.nytimes.com/images/2010/01/19/us/19marijuana_CA0/articleInline.jpg Foto: Mike Mergen for The New York Times
Tegoroczna zimowa olimpiada będzie wyjątkowa. Z jednej strony zapowiadana jest bardzo restrykcyjna akcja antydopingowa. A z drugiej… Vancouver to wyjątkowe miasto, najbardziej tolerancyjne dla miękkich narkotyków w historii igrzysk. To "marihuana friendly city" - precyzują Kanadyjczycy.
Formalnie palenie marihuany jest w Kanadzie zabronione. Ale w rzeczywistości panuje niemal powszechne przyzwolenie na stosowanie tego typu używek, szczególnie na zachodzie kraju. Nawet wśród polityków i służb mundurowych. "Nasi funkcjonariusze są wyjątkowo dyskretni i tolerancyjni wobec Kanadyjczyków palących marihuanę, i to się nie zmieni. Jednak naszym zadaniem podczas igrzysk będzie między innymi pouczanie obcokrajowców, że tego typu rozrywka jest formalnie w naszym kraju zabroniona" - mówi wprost Lindsay Houghton z departamentu policji w Vancouver...
MKOl obawia się, że atmosfera miasta i jego specyficzna kultura sprawią, że wielu sportowców będzie miało problem podczas kontroli antydopingowej. "W minionym roku w Kanadzie najczęściej karaliśmy zawodników właśnie za obecność zakazanej, psychoaktywnej substancji THC w organizmie , czyli de facto palenie marihuany. To była ponad połowa przypadków" - mówi Neil MacKenzie ze służb antydopingowych.
Niektórzy mieszkańcy Vancouver nazywają swoje miasto "Van Amsterdam", a olimpiadę - "Vansterdam 2010". Rekordy popularności bije koszulka z takim napisem, na której widać również osobnika palącego marihuanę, wydmuchującego dym w kształcie olimpijskich kół. Jeden z najbardziej znanych lokalnych aktywistów Neil Magnuson planuje nawet otworzenie wystawy o nazwie "Cannalympics" (połączenie słów "cannabis" oznaczającego liść marihuany oraz "olympics") w znanej w całym Vancouver galerii sztuki. Wystawie mają towarzyszyć konkursy i zawody sportowe, z wiadomym wszystkim motywem przewodnim. Znajomy Magnusona, Marc Emery, przewodniczący Partii Marihuany, jest właścicielem sklepu z używkami (w Vancouver nie ma coffee shopów znanych z Amsterdamu, ale są miejsca, gdzie można palić marihuanę bez obawy o konsekwencje - tzw. consumption lounges). Zaprasza wszystkich, sportowców też.
Twierdzi, że na pewno jakiś zawodnik się trafi. Bo choć MKOl drastycznie podniósł standardy antydopingowe, to wciąż badane na obecność niedozwolonych substancji będą organizmy głównie tych sportowców, którzy w danej konkurencji zajmą czołowe miejsca oraz dodatkowo dwie losowo wybrane osoby. Więc teoretycznie, jeśli ktoś przyjechał do Vancouver jako outsider, ma dużą szansę, że nie zostanie na niczym przyłapany.
Prezes MKOl Jacques Rogge upiera się jednak, że będzie inaczej, ponieważ do tego dochodzą jeszcze kontrole poza zawodami. Choć i on przyznaje, że wielu się tym nie wystraszy i liczba przyłapanych na dopingu zawodników nie musi spaść w porównaniu z dwoma poprzednimi zimowymi olimpiadami (7 testów pozytywnych w Turynie i 7 w Salt Lake City). "Około siedmiu pozytywnych testów w tym roku nie będzie żadną niespodzianką" - powiedział Francuz. Dodał, że lokalne władze mogą przeprowadzać niespodziewane kontrole w mieszkaniach sportowców, tak jak robiła to policja w Turynie - mimo że Kanada, w przeciwieństwie do Włoch, nie ma prawa antydopingowego.
Rogge twierdzi, że każdy powinien się bać. Każdy zawodnik bowiem, nawet Justyna Kowalczyk, musi przekazać odpowiednim osobom dokładną rozpiskę na czas igrzysk, gdzie danego dnia, niemal godzina po godzinie, będzie obecny. Kontrolerzy w każdej chwili mogą złożyć mu niezapowiedzianą wizytę. Jeśli nie zastaną go tam, gdzie miał być, zostanie to uznane jako niestawienie się na badanie.
Jednak zdaniem kanadyjskich mediów, to i tak nie powstrzyma niektórych sportowców (raczej tych z dolnej półki) przed zapoznaniem się z jedną z lokalnych specjalności. Badania z 2006 roku pokazują, że nielegalny rynek marihuany w Kolumbii Brytyjskiej, której największym miastem jest Vancouver, jest wart ponad 7 mld dolarów kanadyjskich (w całej Kanadzie 20 mld dol.). Kilka razy w roku w Vancouver odbywają się festyny, parady i wszelkiego rodzaju akcje promujące całkowitą legalizację marihuany. Tam nikt nie boi się głośno mówić o swoich skłonnościach. "Wychowałem się w Vancouver, które ma najlepsze zioło na świecie i dobry alkohol" - powiedział znany piosenkarz Michael Buble.
Sportowcy, którzy w reprezentacji USA mieli problemy z używkami, z chęcią przechodzą pod flagę kanadyjską. Na przykład Chris Del Bosco, który w Vancouver zamierza wystartować w skicrossie, a został wyrzucony z amerykańskiego teamu za palenie marihuany. Kanadyjczycy przyjęli go z otwartymi rękami. Owację dostał również Ross Rebagliati, który miał zaszczyt nieść olimpijską pochodnię. 39-letni kanadyjski snowboardzista zdobył złoty medal w Nagano. Później przyłapano go na paleniu marihuany i odebrano medal. Ale na krótko. THC nie była wówczas na liście niedozwolonych substancji. "W latach 90. ponad połowa snowboardzistów paliła marihuanę" - przyznał Rebagliati, który teraz zamierza kandydować do Partii Liberalnej.
Pochodnię, którą niósł, MKOl utożsamia z pokojem i kanadyjską przyrodą. Ale, jak napisał jeden z publicystów Winnipeg Press: "Mieszkańcy Vancouver patrzą na nią nieco inaczej - jak na jednego wielkiego jointa. Kanadę stać na szczęście na to, aby wprowadzić nieco humoru do igrzysk, wydarzenia, które niestety traktowane jest ostatnimi czasy zbyt poważnie".
Są kolejne, niepodważalne dowody na skuteczność i działanie medycznej marihuany! Uniwersytet Kalifornijski ogłosił, że Centrum Badań nad Medyczną Marihuaną(1) działające przy uniwersytecie dostarczyło kolejnych badań dowodzących terapeutycznej wartości marihuany. Badacze podczas dziesięciu lat badań znaleźli konkretne, naukowe dowody na przeciwbólowe działanie marihuany. Są to kolejne, po próbach klinicznych z przed dwudziestu lat, badania w USA prowadzone na tak dużą skalę.
"Skupiliśmy się na chorobach, przy których aktualnie znane leki są niewystarczające dla przyniesienia ulgi lub zahamowania objawów" powiedział dyrektor Centrum Badań nad Medyczną Marihuaną dr Igor Grant, który jest również kierownikiem działu psychiatrii.
Dr Igor Grant dodał: "Te badania dostarczyły silnych naukowych dowodów, z powodu, których decydenci i społeczeństwo powinni rozpocząć debatę nad miejscem konopi indyjskich w medycynie"...
Centrum Badań nad Medyczną Marihuaną zostało założone przez legislaturę stanu Kalifornia w 2000 roku aby prowadzić kontrolowane badania nad medyczną marihuaną. Zgłosiło pozytywne efekty sześciu różnych badań klinicznych dotyczących głównie chronicznych bólów, skurczliwości oraz waporyzacji(2).
Cztery badania dowiodły, że marihuana jest bezpieczna i efektywna w leczeniu chronicznych bólów neurologicznych, np. tych spowodowanych uszkodzeniem nerwów, które są szczególnie oporne na znane dotychczas metody leczenia. Szacuje się, że problem takich bólów może dotyczyć nawet 10% całej naszej populacji.
"Odkrycie jest spójne i logiczne" - mówi Grant - "Teraz mamy dobre dowody na to, że canabis może być dobrym dopełnieniem, a nawet podstawą terapii"
Piąte z przeprowadzonych badań dowiodło, że marihuana skutecznie zmniejsza skurczliwość (spastyczność) mięśni u chorych na Stwardnienie Rozsiane.
Badanie przeprowadzone jako szóste ukazało efektywność waporyzacji, jako dobrej alternatywy dla palenia i przyjmowania THC w posiłkach.
"Dziś mamy dobre, solidne naukowe dowody, które przyniosą pożytek pacjentom z Kaliforni i całego świata" - powiedział senator stanu Kalifornia Mark Leno podczas konferencji prasowej na, której ogłoszono wyniki badań Centrum Medycznej Marihuany.
Na takie dowody czekała między innymi amerykańska organizacja zajmująca się zwalczaniem narkomani - DEA, która z oporem i niedowierzaniem podchodziła do sprawy medycznej marihuany. Agenci DEA wielokrotnie prześladowali pacjentów używających tej rośliny, ponieważ istniał konflikt praw stanowych z prawem federalnym, które do czasów prezydentury Obamy zabraniało użycia marihuany bez względu na przyczynę.
Wyniki badań zostały opublikowane w największych magazynach medycznych z całego świata, przykuły międzynarodową uwagę. Eksperci apelują o debatę nad użycie medycznej marihuany!
Uniwersytet Kalifornijski zaznacza, że dla poznania dokładnych mechanizmów działania i odkrycia wszystkich terapeutycznych możliwości konopi indyjskich będą konieczne kolejne lata badań.
Wyniki badań dostępne są na stronie Centrum Badań nad Medyczną Marihuaną(3)
źródła i przypisy: 1. ang. University of California Center for Medicinal Cannabis Research. 2. Waporyzacja jest to bezdymna inhalacja, związki aktywne marihuany parują w temparaturze niższej od temperatury spalania, dzięki czemu można je wdychać unikając wdychania dymu. 3. http://www.cmcr.ucsd.edu/ - Oficjalna Strona Centrum Badań nad Medyczną Marihuaną 4. http://www.tokeofthetown.com/2010/02/ - artykuł o wynikach badań
Tłumaczenie i opracowanie Squart dla konopialeczy.pl i wolnekonopie.pl